Europa,  Rumunia

Wulkany błotne i winnice w Rumunii

Opuściliśmy Morze Czarne i ruszyliśmy dalej. Zbliżaliśmy się powoli do końca podróży ale przed nami było jeszcze kilka atrakcji. Po drodze wjechaliśmy do winnicy Murfatlar, która wygląda jak z czasów PRL i daleko jej do toskańskich klimatów ale my tam pojechaliśmy nie po widoki tylko procenty 😁. Kupiliśmy 7 litrów wina za 90 zł. w kartonach i butelkach. Jesteśmy już po degustacji i winko okazało się być dobre 😁. Nie robiliśmy dużych zakupów bo przed nami była jeszcze jedna winnica, gdzie mieliśmy spędzić noc, następnie Tokaj w drodze do domu, a miejsca w aucie nie mamy za dużo. To kolejny powód, dla którego postanowiliśmy zmienić samochód na większy 😊.

Zakupy wina to jedna sprawa, ale dotarliśmy w końcu do pierwszych wulkanów błotnych. Tak szczerze, to myśleliśmy, że to będzie słaba atrakcja ale bardzo nam się podobało 😊.  Wulkany błotne powstają, gdy wydobywający się z wnętrza ziemi gaz spotyka po drodze wody podziemne i zaczyna się z nią mieszać, porywając po drodze piasek, ił, a nawet skały. Taka mieszanina wydobywa się na powierzchnię, tworząc niewielkie stożki i bulgoczące kałuże. Czasami błoto strzela na wysokość powyżej metra ale częściej jest to tylko kilka centymetrów nad ziemią albo zwykłe bulgotanie. Niemniej jednak jest to ciekawy widok. W Rumunii, a dokładnie w Berce odwiedziliśmy trzy wulkany, oddalone od siebie o kilka kilometrów tj. Paclele Mici, Paclele Mari i Paclele de la Beciu. Dwa pierwsze są płatne 4 lei (ok. 4 zł), a trzeci za darmoszkę. I jeszcze, zgodnie z tabliczka informacyjną,  płatne parkingi 3 i 5 lei (3 i 5 zł) ale od nas nikt opłaty nie pobrał. 

To największe wulkany błotne w Europie i pierwszą erupcję opisano już w roku 1881. Ostatnia duża erupcja miała miejsce w roku 1976, gdzie przez miesiąc wulkan wyrzucał tony błota. Ależ to musiał być błotny spektakl. Widoki na błotnych wulkanach są po prostu księżycowe😍. Największą powierzchnię ma wulkan Paclele Mari, jest tam wiele stożków i bulgoczących jeziorek, a wokół cały płaskowyż zaschniętego błota z dawnych erupcji. Podczas naszego pobytu było raptem kilka osób, a czasami byliśmy w ogóle sami. Krążyliśmy po skorupie jak zaczarowani, a że były możliwości, to polataliśmy też dronem. Z góry wygląda to jeszcze bardziej niesamowicie. Można też zadokować koło bulgocącego oczka i patrzeć w nie jak zahipnotyzowany. Oczywiście trzeba tylko uważać aby nie wpaść w błotko🙈. Najwyższy wulkan to ten w Paclele Mari, stożek ma kilkanaście metrów wysokości ale za to największe erupcje widzieliśmy w Paclele de la Beciu.

Na koniec dnia pojechaliśmy do Focul Viu, niedaleko wsi Terca. To miejsce, gdzie metan wydostaje się na powierzchnię ziemi, tworząc naturalne płomienie, które prawie nigdy nie gasną, a jak zgasną to można je na nowo rozpalić😊. Plan był taki aby tam zanocować w aucie i zobaczyć płomienie nocą. Niestety nic z tego nie wyszło. Jak już prawie dojechaliśmy szutrową, krętą drogą, która dała nam nieźle w kość, to okazało się, że dalsza część drogi została zablokowana przez policję. Nie wiemy o co chodziło ale była tam jakaś awantura. Policjant powiedział nam, że ostatni kawałek o długości ok.1km. musimy iść z buta. I w sumie dobrze bo jak się potem okazało, ten ostatni fragment drogi jest przejezdny tylko dla ciężkiego sprzętu i my raczej nie dalibyśmy rady tam wjechać naszym autem. Same płomienie nie robią wielkiego wrażenie, na niewielkim terenie jest kilka dziur w ziemi, w których widać ogień, pewnie w nocy robi to większe wrażenie. Czy było warto tam jechać? Gdybyśmy wiedzieli jaka droga nas czeka i co zobaczymy na końcu, to pewnie byśmy sobie darowali.

Po wizycie na błotnych wulkanach i Focul Viu, przespaliśmy się na dziko w aucie we wsi i ruszyliśmy w stronę winnic. W związku z tym, że chcieliśmy popróbować win, a żadne z nas nie zgłosiło się na ochotnika na kierowcę, to znaleźliśmy nocleg w Fermie Dacilor, niedaleko wsi Tohani, w regionie znanym z doskonałych win. Oczywiście żadni z nas znawcy win ale to nie oznacza, że nie możemy ich popróbować. My wina dzielimy na białe, różowe i czerwone oraz na te dobre i niedobre😜. Rumunia jest jednym z największych producentów win w Europie, a tradycja winiarska sięga tysięcy lat i choć rumuńskie wina nie są u nas popularne, to warto ich spróbować.

Na Fermie Dacilor można wybrać nocleg w głównym budynku, w domku „na drzewie” lub w okrąglaku. Ze względu na koszt, wybraliśmy zwykły, acz przyjemny pokój z łazienką i śniadaniem (bufet szwedzki, sporo do wyboru) za 54€ za noc w budynku głównym. Na miejscu jest też restauracja, gdzie można zjeść obiad. I właściwie moglibyśmy to miejsce noclegowe polecić ale wieczorem wyszedł fakap. Nie mieliśmy cieplej wody więc Robert poszedł zawalczyć o nowy pokój. I dali nam bez problemu pokój na parterze bo ponoć woda nie dochodziła na I piętro. Niestety w tym drugim pokoju z wodą nie było dużo lepiej, a co więcej klima kuchenna wisząca na zewnątrz budynku tuż przy oknie tak hałasowała, że wróciliśmy do poprzedniego pokoju 🙈. Następnym razem wybralibyśmy pokój poza budynkiem głównym. Te w drzewach fajnie się prezentowały.

W dniu przyjazdu, już o godzinie 11.00 mogliśmy rzucić graty w pokoju i ruszyliśmy w teren. Jakie było nasze zdziwienie, gdy się okazało, że przed godziną 12.00 wszystkie miejsca z winem w okolicy są zamknięte😁. Przecież gdzieś na świecie jest już po 17tej 🤣. W końcu litość okazał jeden człowiek i mogliśmy napić się wina i pysznego eko soku jabłkowego. Na stronach internetowych winnic była informacja, że grupy od czterech osób proszone są o umawianie się na degustację z wyprzedzeniem. Myśleliśmy, że my, skoro jest nas tylko dwoje, może wpaść tam z ulicy na kieliszek winka. Niestety nic z tego. To chyba ciągle mało popularne miejsce bo ludzi bardzo mało i sami Rumuni raczej.

Kręcąc się po okolicy, zawitaliśmy do jednej z czynnych w okolicy winnic tj. do Lacerta. Zastaliśmy tam sympatyczny teren i ładne widoczki na pola winogronowe. Kupiliśmy kilka litrów wina, a potem pozwolono nam pochodzić sobie po terenie. Następnie pojechaliśmy do winnicy Budureasca ale tam był tylko sklep. Skoro już przyjechaliśmy, to tam też zrobiliśmy zapasy bo były promocje 😁. Będąc już po konsumpcji stwierdzamy, że wina z winnicy Lacerta są zdecydowanie smaczniejsze.

Z winnic udaliśmy się na słynną Transalpinę, o czym możesz przeczytaj tutaj. Noc spędziliśmy w aucie przy samej trasie, było cichutko bo nocą nic tu nie jeździć. Rano szybko zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Wracając z Transalpiny, po  drodze zatrzymaliśmy się w Rapa Rosie czyli Czerwonym Wąwozie koło miasta Sebes. Są to specyficzne formacje ukształtowane w czerwonej glinie przez wodę, które nadają okolicznemu krajobrazowi imponujący wygląd. Ogromna ściana, prawie pionowa, wygląda jak wielkie organy. Widoczna z dużej odległości rozciąga się na długości 800 m i ma wysokość od 50 do 125 m.

Nasz kolejny przystanek tego dnia to zamek Corvinilor (zamek Corvina) w Hunedoarze. Wstęp 35 lei (ok 35 zł) i opłata za foto 5 lei (ok. 5 zł).  Ponoć to jeden z bardziej znanych zabytków w Rumuni ale jak dla nas, to totalna strata czasu i kasy. Fakt, ładnie wygląda z zewnątrz i dobrze prezentuje się na zdjęciach ale nic poza tym, w środku nic ciekawego nie ma. Początkowo istniała tu tylko niewielka królewska twierdza. W roku 1440 zaczęto jej rozbudowę, a jej kolejne rozbudowy spowodowały powiększenie rezydencji o m.in. o gotycki pałac i renesansowe skrzydło. Zamek Hunedoara często zmieniał właściciela i był w posiadaniu m.in. wielu węgierskich rodów.  Po pożarze w roku 1854 zapadła decyzja aby zamek przekształcić w letnią rezydencję Habsburgów. Ostatecznie, w 1918r. zamek przejął rumuński rząd.

Niestety urlop nieuchronnie dobiegał końca. Oczywiście w planie było wystąpienie o reasumpcje, niemniej jednak czas było wracać do domku. Zupełnie bez planu wylądowaliśmy w mieście Oradea. Wybraliśmy nocleg blisko centrum Theater Guesthouse,  był to pokój z łazienką i koszt wyniósł nas ok.120zl. Sympatyczna gospodyni, miejsce czyste i blisko aby udać się spacer po okolicy więc możemy go polecić. W związku z tym, że przybyliśmy tam po godz.19 i byliśmy nieco zmęczeni, to tym razem tylko poszwędaliśmy się bez planu i wypiliśmy ostatnie rumuńskie piwo Ciuc. Miasto to leży blisko granicy z Węgrami i liczy nieco ponad 200tys. mieszkańców. Należy do najlepiej rozwiniętych miast w Rumunii i istniało już w XI w. pod nazwą Varadinum. Kiedyś należało do Węgier. Spacerując po centrum można znaleźć wiele budynków o bardzo ładnej architekturze.

Następnego dnia rano ruszyliśmy w dalszą drogę, którą postanowiliśmy podzielić na dwa etapy i spędzić jeden dzień w Tokaju na Węgrzech. Chcieliśmy zobaczyć to miasteczko, ale przede wszystkim zrobić zakupy tutejszego trunku 😁. Samo miasteczko bardzo nam się spodobało. Ładne kamieniczki i bary oraz piwniczki z winami to absolutnie nasze klimaty. Podczas naszego pobytu było bardzo spokojnie, a turystów była dosłownie garstka. Obiad zjedliśmy w restauracji Bacchus i może polecić to miejsce. Kasia zjadła rybę w sosie winogronowym, a Robert mięso. Oczywiście to wszystko w towarzystwie winka 😊

Po posiłku wzięliśmy udział w wine tasting (koszt za osobę to ok. 50zl za spróbowanie 6 win z pogadanką). Przy okazji dowiedzieliśmy się nieco o samych winach i mogliśmy zajrzeć do piwniczki. Nasz absolutny faworyt to Szamorodni. Dzięki degustacji przekonaliśmy się, że słodkie wino też może być bardzo dobre, chociaż słynne wino Aszu było już dla nas za słodkie. Bardzo polecamy piwniczkę z winami Himesudvar, która znajduje się w centrum miasta Tokaj, bo mają naprawdę bardzo smaczne wina. To rodzinna winnica, która tak pisze o sobie: „Nasza rodzina zajmuje się uprawą winorośli i produkcją wina od blisko 30 lat. Obecnie nasze winnice obejmują obszar 3 ha. Rocznie produkujemy 15000 butelek wspaniałego wina, a każdy jego rodzaj trafia do Państwa w numerowanych butelkach w liczbie od 1000 do 3000”. 

Mają tam wina wytrawne, półwytrawne, słodkie i półsłodkie.  Ceny za butelkę zaczynają się od kwoty ok. 40 zł, a za kieliszek ok. 7 zł. Do wina można kupić przekąskę np. sery, paluszki lub orzeszki. Po degustacji kupiliśmy kilka win (mają różne promocje i rabaty), a następnie udaliśmy się do kolejnego miejsca aby spróbować innych win tj. do Fakapu. Tam ponownie skosztowaliśmy dobrego wina i po zakupie kolejnych flaszek udaliśmy się na zasłużony odpoczynek 🤣. W końcu przed nami była długa droga do domu.

Byliśmy tam od 30 sierpnia do 3 września 2021 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: