Europa,  Włochy

Boskie Dolomity

O tripie w Dolomity myśleliśmy już od jakiegoś czasu. Gdy w końcu wyznaczyliśmy termin wyjazdu to nadszedł on, król całego tego syfu, który nas spotkał czyli koronaświrus i musieliśmy odłożyć plany na półkę. We wrześniu ponownie pojawił się taki plan. Co prawda bardzo znienacka, bo pierwotnie miał być urlop w Tatrach ale jak zobaczyliśmy jakie tłumy się tam kłębią, to totalnie straciliśmy ochotę. Dwa dni przed początkiem urlopu postanowiliśmy udać się w Dolomity i austriackie Alpy. Po raz pierwszy jechaliśmy totalnie nieprzygotowani i bez większego planu. Stwierdziliśmy, że już na miejscu będziemy ogarniać trasy trekkingowe. Połączenie tych dwóch destynacji nie było jednak przypadkowe. Po pierwsze góry, góry i jeszcze raz góry, a poza tym pogoda zapowiadała się różnie więc chcieliśmy mieć możliwość ewentualnej szybkiej ewakuacji w stronę słońca. I to był dobry plan, dzięki któremu przez dwa tygodnie tylko dwa razy nas zmoczyło na koniec dnia. Relację z austriackich Alp możecie przeczytać tutaj.

Przygotujcie się na to, że w Dolomitach zachwytom nie będzie końca. Ponadto wskazane jest aby choć trochę ogarniać kondycyjnie bo trzeba się tam ciągle schylać…aby zbierać szczękę z podłogi 😜. Góry te doczekały się uznania i w zeszłym roku obchodzona była dziesiąta rocznica wpisania na listę światowego dziedzictwa UNESCO🧡. Tu naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie. Ci co lubią adrenalinę mają ferraty, z drugiej strony leniuszki wjadą kolejką lub autem prawie na sam szczyt 😜. A dla takich jak my, czyli lubiących się zmęczyć ale nie uważających się za kozice górskie, są setki kilometrów szlaków o różnym stopniu trudności. Kolejną fajną sprawą jest spora ilość schronisk. Spokojnie można zaplanować trasę aby po wysiłku raczyć się zimnym browarkiem, który właśnie w górach smakuje najlepiej. Trzeba tylko pamiętać, że część  schronisk otwiera się dopiero w połowie czerwca i zamyka się z końcem września.

Anterselva

Nasze wakacje zaczęliśmy od Austrii ale po trzech dniach zepsuła się pogoda więc zgodnie z koncepcją naszej wycieczki, zmyliśmy się w Dolomity. Z Wysokich Taurów w Austrii w kierunku Włoch jechaliśmy bardzo malowniczą, otoczoną wysokimi szczytami Alp, doliną Defereggental. Granicę przekroczyliśmy na przełęczy Stalle, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę nad niewielkim jeziorkiem. Żeby zjechać z przełęczy na włoską stronę musieliśmy poczekać trochę na światłach, bo na drodze jest ruch wahadłowy, a zielone światło zapala się tylko na 15 minut każdej godziny. Droga jest otwarta od marca do października w godzinach od 5:30 do 22:15. Droga po stronie włoskiej jest bardzo kręta, stroma i wąska. Trudny odcinek kończy się przy Lago di Anterselva, pięknym górskim jeziorze, które znajduje się na końcu doliny Anterselva. Dolina znana jest z zawodów biatlonowych i w lutym 2020 odbyły się tam mistrzostwa świata w tej dyscyplinie. 

Lago di Braies

Wizytę w Dolomitach zaczęliśmy od odwiedzenia jednego z najbardziej znanych miejsc, a mianowicie Lago di Braies. Jezioro znajduje się na wysokości 1494 m n.p.m, i otoczone jest szczytami, z których najwyższy to Croda del Becco o wysokości 2810 m n.p.m. Skierowaliśmy się w stronę parkingu przy samym jeziorze ale niestety nie było miejsc więc obsługa pokierowała nas na parking oddalony o 5 km., gdzie cena za auto osobowe to 5 euro. Szybki trekking i w nieco ponad godzinę byliśmy już na miejscu. Początkowo baliśmy się, że będą mega tłumy (w końcu parkingi zapchane) ale nie było aż tak źle. Jezioro jest dość duże i ludzie się po prostu rozeszli, choć w miejscach znanych z fajnych fotek trochę już ich było. W wielu miejscach wisiały tabliczki informujące o obowiązku noszenia maseczki i większość ludzi stosowała się do nakazu. Obeszliśmy na spokojnie jezioro dookoła, a zajęło nam to ok 1,5h. Oczywiście z przystankami na foto seszyn i podziwianie cudnych widoczków. Za 19€ można popływać przez 30min. łódką lub za 29€ godzinę. Ponoć ta przyjemność jest warta swojej ceny bo widoczki są zacne, my się jednak nie skusiliśmy.

Kemping Cortina d’Ampezzo

W związku z tym, że wyjazd to totalny spontan, teraz postało tylko znaleźć jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy spędzić kilka dni jako baza wypadowa w okolicę. Zupełnie przypadkowo znaleźliśmy mega fajny camping w Cortina d’Ampezzo z tak boskim widokiem na góry, że właściwie moglibyśmy się stamtąd nie ruszać😍. Zdecydowanie bardziej spodobał nam się to miejsce od campingu w Austrii, który był zatłoczony i głośny, z biegającymi wszędzie dzieciakami. Tu czuliśmy, że będzie cisza i spokój bo zajętych było niewiele miejsc więc dookoła mieliśmy pusto. Dodatkowo średnia wiekowa zdecydowanie emerycka 😊, a nam to bardzo pasowało. Koszt za namiot, dwie osoby i auto osobowe za dobę to 29€ (wliczając prąd, net, prysznic itp. oraz darmowy wypożyczenie adaptera do prądu). Zaplecze sanitarne czyste i często dezynfekowane, co było ważne w dobie korony. Po rozbiciu namiotu, chwyciliśmy browarka w rękę i delektowaliśmy się pięknym widokiem na wysokie góry. Cortina d’Ampezzo to jeden z najbardziej popularnych ośrodków sportów zimowych ale latem też jest bardzo popularna. W miasteczku znajdziecie dużo knajp i my ze swojej strony możemy polecić Cinque Torri, gdzie można zjeść bardzo dobrą pizzę.

Val di Funes

Następnego dnia szybki rzut okiem na niebo i stwierdziliśmy, że nie koniecznie jest to aura na wypad w góry, więc pojechaliśmy pełną serpentyn górską drogą do Val di Funes. A tam totalna zmiana i zastało nas słoneczko. Droga była wąska i kręta, wokół piękne widoki, Robert miał radochę. Najpierw pojechaliśmy do Santa Magdalena, skąd podziwialiśmy widok na masyw Puez Odle ale było nam mało i postanowiliśmy zobaczyć go z bliska. Trzeba korzystać, skoro pogoda sprzyja więc pojechaliśmy do Zannes, skąd rozpoczynają się szlaki prowadzące pod masyw. Szlaki są bardzo łatwe i prowadzą do stóp masywu, który robi z bliska mega wrażenie. Nam przejście pętli zajęło 2,5 godziny, z czego sporo czasu zajęło nam robienie zdjęć i gapienie się na masyw, bo jest na co popatrzeć. Na szlaku spotkaliśmy raptem kilka osób, co jeszcze bardziej podniosło atrakcyjność tego szlaku.

Lago Sorapis

Trzeciego dnia ruszyliśmy na szlak do jeziora Sorapis, które leży na wysokości 1925 m n.p.m. Szlak rozpoczyna się na przełęczy Tre Croci, na drodze z Cortina d’Ampezzo do Misuriny. Nie jest bardzo trudny, chociaż są miejsca zabezpieczone poręczówką. Prawie przez całą drogę mieliśmy niesamowite widoki, a samo jezioro też nas nie zawiodło. Niesamowicie turkusowa woda i odbijające się w niej szczyty gór robią niezapomniane wrażenie. Nie mogliśmy się powstrzymać od robienia zdjęć. Zdecydowanie radzimy wybrać się nad jezioro wcześnie rano bo później robi się tam tłoczno. Wracając zauważyliśmy, że w tych najtrudniejszych fragmentach robiły się zatory.

Misurina

Na deser zostawiliśmy sobie dwa jeziora czyli Lago d’Antorno, które leży przy drodze do Tre Cime i świetnie z niego widać te szczyty, oraz Lago Misurina, które otoczone jest monumentalnymi górami. Z jeziorem Misurina związana jest pewna legenda. Misurina była nieco kapryśną i rozpuszczoną córką króla Sorapisa. Pewnego dnia król zgodził się towarzyszyć Misurinie w wycieczce na górę Cristallo, gdzie mieszkała wróżka z magicznym lustrem zdolnym do odczytywania myśli każdego, kto się w nim przejrzy. Wróżka po namowach króla i jego córki, postanowiła przekazać przedmiot pod warunkiem, że jej ojciec zgodzi się na przemianę w górę, i tak się stało. Misurina zdała sobie sprawę, że jest na szczycie góry, która była niegdyś jej ojcem, a patrząc w dół dostała zawrotu głowy i spadła. Król Sorapiss był świadkiem śmierci swojej córki, z jego oczu trysnęło tyle łez, że utworzyły jezioro Misurina. Ot, taka bajeczka 😊.

Tre Cime

Czwartego dnia przyszła kolej na trekking w okolicach Tre Cime czyli najbardziej znanego masywu w Dolomitach. Jest to jednocześnie najłatwiej dostępne miejsce i przez to najbardziej zatłoczone. Na samą górę można wjechać samochodem za 30 €, płaci się za wjazd na drogę do schroniska Auronzo, gdzie znajduje się parking. Można też pojechać autobusem z Misuriny za 4€ albo ruszyć z buta z Lago d’Antorno, gdzie jest ponad 4 km i 450 m w górę. My wybraliśmy oczywiście szlak pieszy i po niecałej 1,5 godzinie byliśmy na górze. Sam szlak wokół Tre Cime jest bardzo łatwy, chociaż można go sobie utrudnić wybierając ścieżki wyżej położone. Trasa przez nas wybrana miała ponad 9 kilometrów. Początek trasy prowadził ze schroniska Auronzo do Lavaredo, gdzie zrobiliśmy sobie przerwę na piwko. Później przez przełęcz Forcella Lavaredo do schroniska Tre Cime i dalej przez przełęcze Col Forcelina oraz Col de Mezzo wróciliśmy na główny parking, skąd zeszliśmy na dół. Przez całą drogę towarzyszyły nam niesamowite widoki, nie tylko na Tre Cime ale też inne otaczające je szczyty. Mieliśmy też dodatkową atrakcję w postaci śmigłowca lądującego przy schronisku Auronzo do Lavaredo.

Cinque Torri

Piąty dzień w Dolomitach to trekking z Passo Giau do Cinque Torri i z powrotem. Już sama droga do punktu startu z Cortina d’Ampezzo była pełna emocji. Serpentyny i piękne widoki robią robotę, a to i tak ten spokojniejszy fragment drogi, bo prawdziwe emocje zaczynają się dopiero po drugiej stronie przełęczy. Przełęcz Giau znajduje się w Dolomitach na wysokości 2236 m n.p.m. Łączy Cortinę d’Ampezzo z Colle Santa Lucia i Selva di Cadore. Ma 29 zakrętów i 3 tunele. To idealne miejsce na motocyklowe szaleństwa i rowerową mękę. Nasz szlak prowadził u podnóża gór Ra Gusela i Nuvolau do przełęczy Averau. Ze szlaku widać masyw Marmolady czyli najwyższy masyw Dolomitów 3343 m n.p.m, łatwo go rozpoznać po lodowcu spływającym po zboczu. Po drodze spotkaliśmy rodzinkę świstaków baraszkującą wśród traw i kamieni. Dalej poszliśmy w kierunku Cinque Torri, które okrążyliśmy, idąc przez tereny dawnych okopów i umocnień. W czasie I wojny światowej znajdowało się tu stanowisko włoskiej artylerii broniącej przełęczy przed atakiem Austriaków. Dolomity były świadkami zaciętych walk między Włochami i Austriakami i na wielu szczytach oraz przełęczach można znaleźć ślady po umocnieniach z okresu wojny. Cinque Torri to jedno z popularniejszych miejsc wśród wspinaczy, nie trudno było zauważyć ich przyklejonych do ścian wież. Wyznaczono tutaj wiele szlaków wspinaczkowych. Po krótkim odpoczynku w schronisku ruszyliśmy z powrotem, tym razem po drugiej stronie Nuvolau. Tu szlak okazał się bardziej męczący, było kilka stromych podejść i zejść. Nasza trasa miała ok. 10 km, a przejście zajęło nam ponad 5 godzin bo piękne widoki nie pozwalały narzucić szybszego tempa. 

Croda da Lago

Ostatniego dnia naszego pobytu w Dolomitach, zapowiadało się na deszcz, więc wybraliśmy krótki szlak 434 do jeziora Federa i schroniska Croda da Lago, leżącego u stóp masywu o tej samej nazwie. Szlak nie jest trudny ale wymaga nieco kondycji, prawie 600 metrów przewyższenia przy podejściu robi swoje. Po drodze były cudowne widoki na Cinque Torri i Tofany. Na jednym z punków widokowych spotkaliśmy chłopaków z Polski, którzy z namiotami przemierzali ponad 100 kilometrowy szlak nr 1 przez Dolomity. Pogadaliśmy chwilę o naszych wrażeniach, wymieniliśmy się poradami i ruszyliśmy dalej. Dotarcie do schroniska uczciliśmy, jak zawsze,  piwkiem i wróciliśmy równie stromym szlakiem nr 431, po drodze podziwiając widok na dolinę w której leży Cortina d’Ampezzo.  Na kampingu zajrzeliśmy na kilka stron internetowych i aplikacji z pogodą i stwierdziliśmy, że czas wracać do Austrii, bo pogoda w Dolomitach miała popsuć się już na dobre. Z jednej trony było nam żal opuszczać to cudowne miejsce, z drugiej jednak strony czekały na nas szlaki w austriackich Alpach, których nie udało nam się odwiedzić na początku urlopu ze względu właśnie na pogodę. Teraz zapowiadało się lepiej więc nie pozostało nam nic innego jak z samego rana spakować namiotowy majdan i wrócić do Austrii.